poniedziałek, 12 listopada 2018

Znów to zrobiłam - Afterparty od Astrid Troland

Kiedy w dziewiarskim wszechświecie zaczęły pojawiać się zapowiedzi szóstego numeru Laine, wiedziałam, że magazyn musi być mój. Zapałałam uczuciem od pierwszego wejrzenia do Poet Sari Nordlund - chciało mi się czegoś skomplikowanego, po tych kilometrach prawych oczek, które przerabiałam ostatnio. Tym bardziej, że przełom września i października, to bardziej dziewiarskie wpadki, niż sukcesy. Prawie zrobiłam Wool&Honey Andre'i Mowry, tylko że korpus wyszedł mi w rozmiarze cyrkowego namiotu - serio, weszłam do niego ja, mąż i dziecko. Nie pytajcie jak to zrobiłam. Skończyłam też jeszcze jeden projekt tej samej autorki - chustę Birds of a Feather, w której byłam zakochana, a która ostatecznie rozczarowała mnie tak, że wciąż nie mogę zdecydować, czy się tutaj pojawi.  Więc, znudzona prawymi oczkami, nabrałam, o ironio, o losie, kolejny robiony w koło żakard - Afterparty od Astrid Troland. Czwarty w tym sezonie.

Nic nie poradzę na to, że wrabiane karczki mnie kręcą i mogłabym ich mieć całą szafę. Szczególnie, jeśli, od czasu do czasu, można poszaleć z techniką. Tak było z Afterparty - jest to mój pierwszy sweter robiony od dołu, który, szczerze, sama nie wiem, jak mi wyszedł. Ciągle mi coś w nim nie grało. Najpierw ściągacz wyszedł jakiś za szeroki, ale przecież nie będę pruć! Wycięłam, zszyłam i udaję, że tak miało być. Korpus się kosił niemożebnie, więc musiałam kombinować z prowadzeniem nitki. Pominęłam we wzorze skrócone rzędy, bo ich nie doczytałam. Po połączeniu korpusu z rękawami miałam oczywiście złą liczbę oczek, która nie przeszkadzała w prostym wzorze wrabianym (wystarczyło, by było parzyście), ale  już ustalenie środka robótki było problemem. Miałam rzucić w kąt, ale te kolory tak do mnie mówiły, że postanowiłam dać mu szansę.


Afterparty to idealny wzór na pierwszy żakard. Pracuje się tylko dwoma kolorami. Przejścia między kolorami nie są duże, co minimalizuje ryzyko "ściągania" się dzianiny przy zbyt dużym napięciu nitek. Na szczęście z napięciem nie mam zazwyczaj problemu. Nigdy też nie zmieniam rozmiaru drutów do żakardu (niektórzy mówią, że powinny być ok 0,5 rozmiaru większe niż podstawowe). Mam wypracowaną technikę działania z dwoma kolorami w jednej ręce i bardzo mi ona pasuje. Jednak wszystkim, którzy chcieliby poczytać coś o kolorowych dzianinach, polecam tekst Andre'i Rangel, mistrzyni żakardów, o 7 krokach, które pozwolą Wam polepszyć pracę z żakardem (tekst w języku angielskim).
Moje oversize'owe Afterparty zrobiłam na drutach 3,5 mm, z kupionego już bardzo dawno temu tweedu, singla, jeśli dobrze pamiętam, 380m/100g. Skład nie jest może zachwycający, bo to 60% wełny, 20% wiskozy i 20% innej sztuczności, ale mam z tej samej mieszanki, w odwrotnym zestawieniu kolorystycznym, moją Anoushkę, która jest niezniszczalna (choć to dopiero jest oversize :) ). Single tweedy mają to do siebie, że cudownie niosą żakardy. Jeśli więc szukacie pewniaków do wrabianych wzorów, bez drżenia ręki bierzcie je - 100% merynos singiel tweed jest dostępny w Nellie's Fibers, Włóczki Warmii mają mieszankę 80% wełny i 20% poliamidu.

Oficjalnie zamykam więc sezon żakardowy. Przypomnijcie mi o tym, kiedy znów coś zacznę wrabiać ;) Teraz przede mną wyzwanie - brioszka! Trzymajcie kciuki!

niedziela, 23 września 2018

Swetrowa pogoda! - Sipila od Catlin Hunter

Wreszcie jest! Po upałach, które na Dolnym Śląsku trwały niemal od połowy kwietnia, przyszła moja ukochana swetrowa pogoda! Mam te swoje wyczekane kilkanaście stopni i mogę wreszcie zacząć nosić to, co produkowałam wiosną i latem. Między innymi najcudowniejszy pulower, jaki udało mi się kiedykolwiek stworzyć - Sipilę od Catlin Hunter.

Catlin Hunter jest dla mnie fenomenem, o którym już niejednokrotnie pisałam na swoim fanpage'u na Facebook'u (jeśli go jeszcze nie znacie - zapraszam!). Nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to obecnie najbardziej wzięta projektantka na świecie. Jej Zweig przez niespełna rok dotarł na 3 miejsce najpopularniejszych swetrów na Ravelry, dając się wyprzedzić jedynie dwóm darmowym wersjom Flax'a od Tincanknits. Tym samym, jest to najpopularniejszy płatny wzór na Ravelry. Nie zaglądam projektantce w portfel, ale gdyby przyjąć, że każda z 2447 dziewiarek, która swój wyrób podpięła  pod stronę projektu, faktycznie wzór kupiła, tylko na tym jednym swetrze (a w swoim sklepie Catlin ma dostępnych projektów ok. 40), projektantka zarobiła ponad 21 tys. $. Wow! Sama do Catlin mam mieszane uczucia - jedne projekty mnie zachwycają, inne zupełnie nie. Nie jest to Joji Locatelli czy Isabell Kraemer, których każdy jeden projekt mogłabym mieć w swojej szafie. Nie zmienia to jednak faktu, że o ile dwie wymienione projektantki mają mocno wyrobiony styl i są dość powtarzalne, o tyle Catlin każdym kolejnym projektem zaskakuje - nawet jeśli jest to kolejny projekt z wrabianym karczkiem.



Przechodząc jednak do mojej Sipili - chwilę czekała na swoją premierę. Pierwszy raz włożyłam ją na Drutozlot i już wtedy poczułam, że jest o sweter nieprzeciętny - kilka z Pań zaczepiło mnie i chwaliło, ba, było nawet komisyjne podnoszenie swetra do góry i oglądanie od spodu, jak idą nitki w żakardzie :D



Swój model zrobiłam z Poli, którą specjalnie dla mnie zafarbowała Pani Sylwia  z Ektra - Motka. Jest to 100% merynos superwash, typu singiel, czyli o pojedynczym splocie. Single cudownie niosą żakardy, są jednak włóczką o którą trzeba szczególnie pchać. Ze swoich doświadczeń wiem, że singiel lubi się szybko zmechacić. Muszę jednak powiedzieć, że na tym polu Pola wypada całkiem nieźle. Jeśli więc szukacie fajnego singla, w dobrej cenie, to Pola jest dla Was. 


Na sweter w rozmiarze M zużyłam jeden motek żółci i niecałe 3 motki maliny. Sweter robiłam na drutach 3,5 mm, ściągacze na 3 mm. Żakardy, jak zwykle, robiłam tym samym rozmiarem drutów co całą resztę. W karczku nie było to problemem, jednak żakard na rękawach robionych na okrągło magic loopem, to jakaś masakra. W obu rękawach, zanim złapałam odpowiednie napięcie, "udało" mi się zrobić za ciasno kilka pierwszych rzędów. Blokowanie trochę pomogło, jednak nie jest to jeszcze szczyt umiejętności. Żakard na małych obwodach robionych na okrągło to coś, nad czym muszę pracować. Wybrałam już nawet projekt do tych prac. Zdziwi Was, jak powiem, że też od Catlin? :)



Sipila to ostatni projekt, który czekał na zdjęcia. Tym samym jestem na czysto z pokazywaniem Wam nowych prac :) Myślę jednak, że nie na długo. Teraz moje druty zdominowała Andrea Mowry - dwa jej wzory są już prawie na ukończeniu, jesień więc będzie należała do niej :)


środa, 19 września 2018

O swetrach, w których chce się zamieszkać - Like a cloud od Joji Locatelli

Macie czasem tak, że kupujecie włóczki pod konkretny projekt, z którego później jednak rezygnujecie i zalegają Wam te zapasy? Na pewno tak macie :) Wszystkie tak mamy :) Dawno temu, na naszej uzależniającej grupie zakupowej, nabyłam cewkę szmaragdowego kaszmirowego tweedu i cewkę petrolowej mieszanki alpaki, merynosa i jakiejś sztuczności, z całkiem długim włosem. Miał powstać sweter przez głowę, jednak w kolejkę przed niego wepchnęły mi się inne projekty. Któregoś dnia, na jednym z moich ulubionych dziewiarskich podcastów - Yarngasm, hostowanym przez Kristin Lehrer, znaną też jako Voolenvine, zobaczyłam jej nowy "cast on". I przepadłam. Like a cloud od Joji Locatelli  to była miłość od pierwszego wejrzenia - i to nawet nie wejrzenia na cały sweter, a jedynie kilka przerobionych przez Kristin rzędów. 


Zaraz za miłością do wzoru przyszło olśnienie - przecież ja mam z czego to zrobić! W dodatku tak, żeby zachować efekt delikatnego włoska. Postanowiłam więc spróbować nie z moherem, jak jest w oryginalnym wzorze, a z moją włochatą, petrolową alpaką. Po zrobieniu próbki nie mogłam już myśleć o niczym innym.


Like a cloud to prosty cardigan "open front" (niezapinany). W swojej szafie potrzebowałam takiego jesiennego wdzianka na chłodniejsze poranki i wieczory. Ten sprawdza się idealnie! Nie jest gruby, faktycznie sprawia wrażenie chmurki. Nie ma jednak tego, co zawsze przerażało mnie w tak wielkogabarytowych cienkich tkaninach - nie ciągnie się. Dzianina jest sprężysta, pięknie trzyma kształt, nie gniecie się (a jechał już zmiętolony w torbie), nie mechaci i uwodzi. Połączenie dwóch włóczek nadaje sweterkowi smaczku. Sweterek zrobiony jest na drutach 3,5 mm z jednej nitki tweedu i dwóch nitek alpaki. Tweed dodał sweterkowi uroczych czerwonych nupków, które są niestety słabo widoczne na zdjęciach. Alpaka uszlachetniła udzierg włoskami. Natomiast dwa różne kolory tak się cudownie zblendowały, że kardigan sprawia wrażenie, jakby się mienił.


Niestety, nie ogarnęliśmy zdjęć tyłu, ale wierzcie mi, pomimo absolutnie banalnej konstrukcji, sweter pięknie się układa. Zarówno konstrukcja jak i wzór to powody, dla których po ten projekt mogą sięgać nawet początkujący. Umiesz robić prawe i lewe oczka? Wystarczy! Tu nie będziesz się borykać ze skróconymi rzędami, taliowaniem, odejmowaniem i dodawaniem oczek. Jedyna trudność to wrobienie rękawów. Jak jednak widzicie, nawet nieidealne ich wpasowanie dodaje sznytu całej dzianinie. 


W swetrze tym mogłabym zamieszkać. Jest totalnie wygodny. Jeśli chcę, może zwisać luźno. Mogę się nim też cała opatulić, co sprawdza się w porannych godzinach w Pendolino. Kursuję teraz na trasie Wrocław-Warszawa-Wrocław. Wiecie co to oznacza? Cała masa czasu na dzierganie! W bonusie mam też tłumaczenia się ochronie sądu, bo moja torebka brzęczy w bramkach, a na prześwietleniu pokazuje jakieś dziwne, ostre, metalowe narzędzia. Szczęśliwie trafiłam na ochroniarza z dziergającą małżonką - Panią serdecznie pozdrawiam. 

Na koniec, choć od tego powinnam zacząć, chciałam podziękować Dorocie i Agnieszce, bez których sweter ten powstawałby w okropny stresie. Gdzieś pod koniec robienia tułowia wpadłam w panikę, że zabraknie mi alpaki. No jak to, cudowny, wymarzony sweter i alpaki braknie? Skontaktowałam się więc z szefową włoskiego włóczkowego zamieszania z błagalną prośbą o namiary na osoby, które też alpakę kupowały, bo może się zlitują, może odwiną. Nawet nie musiałam prosić - dziewczyny od razu zgodziły się mnie podratować. Bezczelne, nawet nie chciały pieniędzy! Jak tak można :) Dziewczyny, jesteście cudowne! Ostatecznie nawet Waszych kłębków nie użyłam, jak więc życie ogarnę, to odeślę! 

wtorek, 28 sierpnia 2018

Otulona w luksusy - Kate od Libby Jonson

Urlop! Mój pierwszy w życiu prawdziwy urlop! Ale niech Was to nie zwiedzie - wcale nie mam 20 lat i nie zaczynam dopiero zawodowej drogi. Po prostu, do tej pory, od początku studiów, każde jedno lato spędzałam na nauce (cóż, nie byłam pilną studentką i co roku uczestniczyłam w kampanii wrześniowej - było przecież tyle ciekawszych rzeczy do robienia w trakcie semestru!). Potem przyszła aplikacja i nauka do aplikacyjnych kolokwium, co zostało zwieńczone zeszłorocznym egzaminem, do którego przygotowania skonsumowały mi cały urlop wypoczynkowy. Zatem rok 2018 jest pierwszym rokiem od roku 2008, gdzie mogłabym urlop zaplanować tak jak chcę i gdzie chcę. Choć też nie do końca - środki finansowe na wyjazdy wstrzymane, bo kończymy budowę domu. Ale przynajmniej nie muszę się na urlopie uczyć!

Na szczęście lato odpuściło - temperatury wróciły do akceptowalnego przeze mnie poziomu ~20-kilku stopni, co też pozwoliło na sfotografowanie kardiganu, który już od dłuższego czasu czekał na zdjęcia - Kate od Libby Jonson.

Kate był jednym z dwóch wzorów, dla których jeszcze w przedsprzedaży zamówiłam czwarty numer Laine Magazine. Pierwszym był Eri od Isabell Kraemer, który prawie zrobiłam.  Pulower ten okazał się moją dotychczasową największą dziewiarską porażką - zrobiłam całe body z single tweed'u i coś mnie tknęło, żeby zblokować sweter przed rękawami. I klops - wszystko się zlało. Wzór wyszedł zupełnie płaski, a wierzcie mi, płaskie warkocze nie są fajne. Nie idźcie więc tą drogą i trzymajcie single tweed'y na mniej przestrzenne wzory.


Sweter zrobiłam z cudownej mieszanki merynosa (60%) i kaszmiru (40%) w pięknym, cyklamenowym kolorze. Co za luksus! Sweter jest przemilusi, mięciutki, puszysty, najchętniej bym w nim zamieszkała! Włóczka świetnie nosi wzór, sama też wiele potrafi znieść. W swetrze tym dwa razy przemokłam do suchej nitki, co nie zrobiło na nim żadnego wrażenia :) I dobrze, bo chyba bym się zapłakała, gdybym miała spisać go na straty przez brak parasola w torebce. 


Kate to mój pierwszy kardigan, musiałam więc się przy nim zmierzyć z kilkoma nowościami. Pierwsza - listwy na dziurki i guziki.  No cóż, ten element mnie nie do końca satysfakcjonuje. Listwy nie wyszły mi najrówniejsze, guzików też nie przyszyłam super równo, dodatkowo dziurki są troszkę za duże w stosunku do guzików. Udaję, że tego nie widzę :) Za to jestem bardzo zadowolona z podejścia do "set-in-sleeves" - rękawów dobieranych od krawędzi podkroju pod nie (chyba tak to mogę opisać). Myślę, że wyszło mi to dość równo i estetycznie. 


Świetnie się bawiłam przy początkach robienia tego swetra - cała masa kruczków konstrukcyjnych! Sweter zaczynamy robić od osobnego tyłu, modelowanego rzędami skróconymi, który robimy aż do podkroju pach. tu też pierwszy raz wykorzystałam "provisional cast on" - rozpoczynanie robótki na łańcuszku robionym na szydełku, który po spruciu pozwala na nabranie oczek i robienie "w przeciwną  stronę" - w ten sposób do tyłu dołączało się panele przodu. Fajna zabawa! Sama dalsza robota też nie była nudna - morze prawych oczek na końcach przełamywał wzór, nie było więc nudy.

A już za 3 dni... DRUTOZLOT!! Moja pierwsza edycja! Jedziemy z Mamą do Torunia już w piątek, zatem jeśli organizujecie się z czymś dzień wcześniej - dajcie znać! Jestem pełna ekscytacji i już się cieszę na te wszystkie spotkania. Robię też notatki - plan na nieprzepuszczenie wszystkich oszczędności jest taki, że wybieram projekty, na które chcę kupić włóczki w Toruniu. Zobaczymy jak wyjdzie! Na wszelki wypadek planuję zabrać ograniczoną ilość gotówki a karty zostawić w domu. Z kim z Was się widzę w sobotę? :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Uważne dzierganie - Hanami Shawl od Inese Sang

O mamo, jak smali. I to nie dzień, czy dwa - smali od początku wakacji. Nie jest to więc dobry okres na sesje fotograficzne dzianin - szczególnie dla kogoś, kto nie bardzo akceptuje dzianiny letnie. Ręce chodzą mi cały czas, nieustannie dłubię (w tym jakoś upały mi nie przeszkadzają), ale nikt, nawet siłą, nie skłoni mnie do tego, żeby pozować w 100% merynosowym swetrze w +33 st. C. Stąd też na swoją kolej ciągle czekają dwa swetry - niech już będzie chłodniej!

W te wakacje przyjemnego chłodku, bez duchoty, zaznałam raz - na wieczornym nadmorskim spacerze w Unieściu. Jak już wspominałam tu, na Pomorzu mam Teściów. Stąd też Bałtyk jest naszym naturalnym, wakacyjnym kierunkiem. Tam też znalazłam warunki na kilka szybkich, bo już po zachodzie słońca, zdjęć mojego ostatniego udziergu - Hanami Shawl od Inese Sang.


Hanami Shawl to cudownie wielka chusta, składająca się z dwóch modułów - pierwszy to zakończone bąbelkami gałązki (zakochałam się w nich, choć w samych bąbelkach trochę mniej :) ), drugi to sekcja ażurowych wachlarzy w kontrastowym kolorze. 






Część z gałązkami zrobiłam ze skarpetkowej mieszanki Tough Sock od Martin's Lab w kolorze Jackrabbit. Część ażurowa to kochana przez wszystkich Mirella od Włóczek Warmii w kolorze Wrzosowa Polana - przynajmniej tak wynika z odkopanego w czeluściach mojej skrzynki e-mail zamówienia. Coś chyba jednak musiało się w farbowaniu zmienić, bo moja Wrzosowa Polana baaaaaaardzo różni się od tego koloru, który obecnie w sklepie ukrywa się pod tą nazwą. U mnie dominowały fiolety i brązy z niebieskimi przełamaniami. Ta obecnie dostępna ma też żółcie, zielenie i błękity, których u mnie nie było w ogóle. Na szal o bliżej nieokreślonej wielkości zużyłam dwa motki od Martin's Lab i jeden motek z Włóczek Warmii - wszystko zrobiłam na drutach 3,25 mm.


 Szal powstał w ramach KAL'a, hostowanego na Ravelry przez knit-purl-vibeke w grupie Knitting for Mindfulness pod hasłem "Mindful Hanami knit along". Jest to pierwszy KAL, w który się zaangażowałam - może dlatego, że Uważność (Mindfulness) od pewnego czasu jest mi wyjątkowo bliska. Uważne podchodzenie do życia, próby odczuwania danej chwili i maksymalnego na niej skupienia, pomogły mi wyjść z nie lada życiowych tarapatów. Robienie na drutach doskonale sprzyja uważności (o czym rozpisywali się nawet amerykańscy naukowcy :) ) - pozwala się wyciszyć i skupić na przeskakujących z druta na drut oczkach. Daje możliwość ukojenia myśli i cieszenia się przyjemnością, jaką sprawia proces robienia. Zatem dziewiarki, nawet nie wiecie, ale jesteście cichymi propagatorkami uważności :)



Tak na marginesie - jeśli szukacie spokoju i wyciszenia NIGDY nie jedźcie na wakacje do Mielna! :D






poniedziałek, 14 maja 2018

Żakard! Adam's mom by Yvonne B. Thorsen

Mówiłam Wam już, że testowanie uzależnia? Jest też kopalnią najróżniejszych doświadczeń, nie tylko w zakresie nowych technik, dziewiarskiego rozwoju, ale też sposobu, w jaki projektantki prowadzą swoje testy. Tym razem miałam przyjemność testować wzór nazwany Adam's mom, autorstwa Yvonne B. Thorsen, znanej też w mediach społecznościowych i na Ravelry jako Aida Sofie Knits.


Jak widać na załączonym obrazku, Adam's Mom to robiony od góry, bezszwowy sweter z okrągłym, wrabianym karczkiem - klasyka gatunku. Żadnych szaleństw, żadnego kombinowania - bez formowania pleców, bez rzędów skróconych, z dość szerokim dekoltem. Skutek tego taki, że sweter nie ma ani przodu, ani tyłu - jak założysz, tak leziesz. W projekcie jest też dość długi - do czego byłam sceptyczna. 42 cm od pachy? Serio? Odjęłam mu więc dwa centymetry, żeby wyszedł i tak długawy i żeby sprawdzić, jak w takich wyglądam. Da się przeżyć :)


Sweter zakłada pracę trzema kolorami - jednym głównym i dwoma kontrastującymi. Z uwagi na to, że na test zgłosiłam się oczywiście nie mając odpowiedniej włóczki i mając dość dziurawy portfel, postawiłam na ogólnodostępnego i taniego Drops Norda (uwaga! maj! Drops ma wyprzedaż :) ale to pewnie już wiecie :) ), którego nabrałam na druty 3,25 mm na sweter i 2,75 mm na ściągacze. Podstawowy kolor to trawa cytrynowa, kontrastowe to rdza i jasny beż. Dobieranie kolorów  to jest moja zmora. Całą robotę (całą!!!!) zastanawiałam się, czy to ze sobą zagra. Na Dzianej Bandzie pytałam, po robocie latałam z swetrem w połowie - zdania były podzielone. Ale cóż - test, deadline, brak kasy na nowe włóczki, trzeba robić, choć wciąż nie byłam do tego zestawienia przekonana (i chyba dalej nie jestem).


Spinałam się więc, bo test, bo deadline, bo projektantka czeka itd. Aż tu patrzę, w pierwszym wątku na testowym forum termin przesunięty. Najpierw o tydzień, potem o kolejny, i tak z 6 tygodni testu zrobiło się 10 - w zasadzie bez żadnego ogłoszenia. To był w ogóle specyficzny test. Jestem jednak przyzwyczajona do projektantek, które oczekują w miarę bieżących relacji z postępu prac a testowe forum jest w trakcie testu dość ożywione. Tu - cisza. Niemal zupełna. Nic się nie działo, zupełnie nic (tak wiem, widać na tym zdjęciu miejsce, gdzie zmieniam kolory na karczku - wybaczycie?).


Wzór nie został jeszcze opublikowany (nie wiem, czy w ogóle będzie), ale mam od projektantki zgodę na dzielenie się rezultatami prac. Czy jestem nimi zachwycona - raczej nie. Przede wszystkim muszę się oswoić z kolorami. Osobno mnie oczarowały, szczególnie zieleń. Razem - trochę gorzej. Poza tym wciąż nie wiem, czy ta długość swetra, to moja długość. Sweter ma też kilka mankamentów  konstrukcyjnych, których nie modyfikowałam w trakcie testu (nigdy nie robię tego z testowymi wzorami) i które teraz trochę mi przeszkadzają. Z pewnością będzie to świetny jesienny sweter na co dzień "koło domu". Nie będę miała problemu z siedzeniem w nim wieczorami na tarasie. Ale na pewno nie jest to sweter na wielkie wyjścia.


A teraz proszę o oklaski - sesję robiliśmy w majową sobotę, przy temperaturze około 25 st C, na wrocławskim Bulwarze Dunikowskiego i w jego okolicach w dniu, kiedy odbywały się tam obchody Święta Odry. Pocąc się w długim swetrze z alpaki byłam niewątpliwą sensacją dla ludzi w sandałach i szortach. Mordęgę tą musiałam odreagować w jedyny słuszny sposób :) Donoszę przy tym, że to co na drutach zmierza radośnie ku końcowi i przewiduję, że akurat ten udzierg zaprezentuję Wam z samymi ochami i achami :)

piątek, 6 kwietnia 2018

Lekarstwo na nie-edynburską depresję - Morag Shawl Nadii Crétin-Léchenne

W połowie marca Europa przeżywała chyba największe coroczne dziewiarskie święto - Edinburgh Yarn Festiwal - festiwal na który ściągają dziewiarki z całego globu, żeby wydawać krocie na włóczki, tańczyć ze Stephenem Westem, dziergać w trakcie największego wspólnego dziergania i ogólnie robić wiele fajnych rzeczy. 

A Ty człowieku w tym czasie siedzisz w biurze i klepiesz w klawiaturę Bardzo Ważne Rzeczy. Jednym okiem zerkasz na Instagrama, gdzie inni wrzucają zdjęcia stoisk, haul'e i selfie z Twoimi ulubionymi podcaster'ami. Najpierw krew Cię zalewa, a potem jedynie widzisz siebie wpadająca w coraz to głębszą odchłań depresji ze szlochem - dlaczego mnie tam nie ma?!!

Gdyby tego mało, na Twoją skrzynkę email co rusz wpadają newslettery od obserwowanych projektantek, z informacjami o publikacji wzorów zaprojektowanych specjalnie na tą okazję. Pozostaje już tylko pogrążyć się w czarnej rozpaczy.

Coś mnie jednak tchnęło i stwierdziłam, że taki dedykowany EYF wzór może mnie mentalnie przenieść do Szkocji, zatem zaraz po zobaczeniu emaila od Nadii Crétin-Léchenne (NCLknits) postanowiłam wyjąć z szafy mój kurzący się kolorowy motek i nabrać oczka na Morag Shawl. Na serio zaś, od dawna poszukiwałam pomysłu na odkładany z miejsca na miejsce Scheepjes Whirl w kolorze Lavenderlicious, a nowy szal od Nadii wydawał się być idealnym pomysłem. Zatem zraszając go łzami rozpaczy, zaczęłam swoją przygodę. 


Morag to trójkątny szal, składający się z ażurowego panelu i sporej powierzchni ściegu francuskiego. Robiony jest od ostrego kąta, zaczynając ściegiem ażurowym i skrupulatnie - aż do końca szala, dodając oczka. Dlatego też trójkąt ma różne długości boków. Długości jednak Wam nie podobam - kto by wpadł na to, żeby je mierzyć :) na pewno jednak moja chusta daje się swobodnie owinąć wokół szyi, a nawet zrobić na jej końcu ozdobny węzełek. Oczka zamykane są i-cordem, co daje nam bardzo przyjemne wykończenie. 
Nie ma też problemu w zrobieniu jej odpowiednio większej czy mniejszej, w zależności od ilości włóczki - wzór jest tak skonstruowany, że bardzo łatwo jest go zmodyfikować, zarówno co do wielkości jak i stosunku ażuru do ściegu francuskiego. Ogólnie wzór rozpisany jest bardzo przyjemnie i dość szybko "wchodzi" tak, że wydruk projektu możemy schować. 

Nadia swoją pokazową chustę zrobiła w pięknych gradientowych kolorach. Stąd też stwierdziłam, że wreszcie przyszedł czas na mojego Whirl'a. Kokonek dostałam w prezencie od Mamy, zaraz po tym jak zaczął się pokazywać w naszych ulubionych internetowych pasmanteriach - czyli już jakiś czas temu. Nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że kolorowy kłębuszek będzie zwiastował istny szał na wszelkiego rodzaju kokonki, kolorowe motki, kamarolki itd. Zatem leżąc dzielnie w szafie, Whirl doczekał się projektu, do którego postanowiłam go użyć. 
Od samego początku miałam do niego mocno mieszane uczucia. Przede wszystkim - skład. Kolorowy kłębek to w 60% bawełna, a w 40% akryl, z którego już od dawna niczego nie robiłam. Wraz z dziewiarską dojrzałością, przyszła większa wiedza w zakresie używanych materiałów, a razem z nią mój zapał do akryli osłabł. I choć nawet na tym blogu znajdziecie porównanie akryli (o tu), który to post, choć ma już ponad 3 lata, jest nadal bardzo popularny, to w moich zbiorach akrylu już raczej nie ma, chyba że jako niewielki dodatek do naturalnych włókien, jednak już nie w takiej proporcji jak w Whirlu. Tą sztuczność nitki dawało się odczuć w czasie roboty. Choć bawełny było więcej - Whirl skrzypiał! Na szczęście jest już dostępny także Whirl o bardziej szlachetnym składzie, znany pod nazwą Woolly Whirl - mieszanka bawełny i wełny w stosunku 70/30.
Whirl nie jest też typowym gradientem - nie będziemy tu mieć niemal niezauważalnych przejść między kolorami, co widać na zdjęciach - wyraźnie odróżniają się pasy poszczególnych kolorów. Dlaczego? Whirl to skręconych 6 cieniutkich niteczek. Zmiany kolorów dokonywane są przez  stopniową "podmianę" pojedynczych nitek i dodawanie nitek z innego koloru. Jeśli zatem chcesz uzyskać subtelne i niewyróżniające się przejścia między kolorami - poszukaj czegoś innego. Przejścia między kolorami są też dość długie. W moim szalu nie doszłam chyba do dwóch ostatnich kolorów w motku. Żeby zaś w ogóle dobrać się do najjaśniejszych odcieni, mechanicznie skracałam przejścia, wycinając spore fragmenty nitki. Na swój szal zużyłam około 2/3 motka. 
Jednak choć w samym Whirl'u się nie zakochałam, to chustę noszę, bo mimo wszystko uwiodły mnie te kolory. Jest to typowy wiosenny szal, który przede wszystkim ma wyglądać, niekoniecznie zaś musi grzać. Nie był zatem najlepszym wyborem na zimny wiatr od morza, czego się jednak nie robi dla sesji w Mielnie :)

Skąd Mielno? Na Wielkanoc zawitałam do Teściów na Pomorze. Dzięki temu mocno podgoniłam test, który obecnie mam na drutach - jednak 6 h autem w jedną stronę to spoooooro czasu na przerabianie morza prawych oczek :) Na pewno zatem już za niedługo będę się mogła pochwalić nowym swetrem z  okrągłym, wrabianym karczkiem.

W ogóle ostatnio przeżywam istne drutowe szaleństwo! Mam zaczęte 3 (!!!) swetry, w tym jeden czeka już tylko na rękawy. W kolejce na pierwszą przygodę z brioszką czeka już ręcznie farbowany merynos, a w głowie siedzi plan na naukę robienia skarpet. Moje ręce ewidentnie poczuły wiosnę, czego i Waszym rękom życzę :)