poniedziałek, 14 maja 2018

Żakard! Adam's mom by Yvonne B. Thorsen

Mówiłam Wam już, że testowanie uzależnia? Jest też kopalnią najróżniejszych doświadczeń, nie tylko w zakresie nowych technik, dziewiarskiego rozwoju, ale też sposobu, w jaki projektantki prowadzą swoje testy. Tym razem miałam przyjemność testować wzór nazwany Adam's mom, autorstwa Yvonne B. Thorsen, znanej też w mediach społecznościowych i na Ravelry jako Aida Sofie Knits.


Jak widać na załączonym obrazku, Adam's Mom to robiony od góry, bezszwowy sweter z okrągłym, wrabianym karczkiem - klasyka gatunku. Żadnych szaleństw, żadnego kombinowania - bez formowania pleców, bez rzędów skróconych, z dość szerokim dekoltem. Skutek tego taki, że sweter nie ma ani przodu, ani tyłu - jak założysz, tak leziesz. W projekcie jest też dość długi - do czego byłam sceptyczna. 42 cm od pachy? Serio? Odjęłam mu więc dwa centymetry, żeby wyszedł i tak długawy i żeby sprawdzić, jak w takich wyglądam. Da się przeżyć :)


Sweter zakłada pracę trzema kolorami - jednym głównym i dwoma kontrastującymi. Z uwagi na to, że na test zgłosiłam się oczywiście nie mając odpowiedniej włóczki i mając dość dziurawy portfel, postawiłam na ogólnodostępnego i taniego Drops Norda (uwaga! maj! Drops ma wyprzedaż :) ale to pewnie już wiecie :) ), którego nabrałam na druty 3,25 mm na sweter i 2,75 mm na ściągacze. Podstawowy kolor to trawa cytrynowa, kontrastowe to rdza i jasny beż. Dobieranie kolorów  to jest moja zmora. Całą robotę (całą!!!!) zastanawiałam się, czy to ze sobą zagra. Na Dzianej Bandzie pytałam, po robocie latałam z swetrem w połowie - zdania były podzielone. Ale cóż - test, deadline, brak kasy na nowe włóczki, trzeba robić, choć wciąż nie byłam do tego zestawienia przekonana (i chyba dalej nie jestem).


Spinałam się więc, bo test, bo deadline, bo projektantka czeka itd. Aż tu patrzę, w pierwszym wątku na testowym forum termin przesunięty. Najpierw o tydzień, potem o kolejny, i tak z 6 tygodni testu zrobiło się 10 - w zasadzie bez żadnego ogłoszenia. To był w ogóle specyficzny test. Jestem jednak przyzwyczajona do projektantek, które oczekują w miarę bieżących relacji z postępu prac a testowe forum jest w trakcie testu dość ożywione. Tu - cisza. Niemal zupełna. Nic się nie działo, zupełnie nic (tak wiem, widać na tym zdjęciu miejsce, gdzie zmieniam kolory na karczku - wybaczycie?).


Wzór nie został jeszcze opublikowany (nie wiem, czy w ogóle będzie), ale mam od projektantki zgodę na dzielenie się rezultatami prac. Czy jestem nimi zachwycona - raczej nie. Przede wszystkim muszę się oswoić z kolorami. Osobno mnie oczarowały, szczególnie zieleń. Razem - trochę gorzej. Poza tym wciąż nie wiem, czy ta długość swetra, to moja długość. Sweter ma też kilka mankamentów  konstrukcyjnych, których nie modyfikowałam w trakcie testu (nigdy nie robię tego z testowymi wzorami) i które teraz trochę mi przeszkadzają. Z pewnością będzie to świetny jesienny sweter na co dzień "koło domu". Nie będę miała problemu z siedzeniem w nim wieczorami na tarasie. Ale na pewno nie jest to sweter na wielkie wyjścia.


A teraz proszę o oklaski - sesję robiliśmy w majową sobotę, przy temperaturze około 25 st C, na wrocławskim Bulwarze Dunikowskiego i w jego okolicach w dniu, kiedy odbywały się tam obchody Święta Odry. Pocąc się w długim swetrze z alpaki byłam niewątpliwą sensacją dla ludzi w sandałach i szortach. Mordęgę tą musiałam odreagować w jedyny słuszny sposób :) Donoszę przy tym, że to co na drutach zmierza radośnie ku końcowi i przewiduję, że akurat ten udzierg zaprezentuję Wam z samymi ochami i achami :)

piątek, 6 kwietnia 2018

Lekarstwo na nie-edynburską depresję - Morag Shawl Nadii Crétin-Léchenne

W połowie marca Europa przeżywała chyba największe coroczne dziewiarskie święto - Edinburgh Yarn Festiwal - festiwal na który ściągają dziewiarki z całego globu, żeby wydawać krocie na włóczki, tańczyć ze Stephenem Westem, dziergać w trakcie największego wspólnego dziergania i ogólnie robić wiele fajnych rzeczy. 

A Ty człowieku w tym czasie siedzisz w biurze i klepiesz w klawiaturę Bardzo Ważne Rzeczy. Jednym okiem zerkasz na Instagrama, gdzie inni wrzucają zdjęcia stoisk, haul'e i selfie z Twoimi ulubionymi podcaster'ami. Najpierw krew Cię zalewa, a potem jedynie widzisz siebie wpadająca w coraz to głębszą odchłań depresji ze szlochem - dlaczego mnie tam nie ma?!!

Gdyby tego mało, na Twoją skrzynkę email co rusz wpadają newslettery od obserwowanych projektantek, z informacjami o publikacji wzorów zaprojektowanych specjalnie na tą okazję. Pozostaje już tylko pogrążyć się w czarnej rozpaczy.

Coś mnie jednak tchnęło i stwierdziłam, że taki dedykowany EYF wzór może mnie mentalnie przenieść do Szkocji, zatem zaraz po zobaczeniu emaila od Nadii Crétin-Léchenne (NCLknits) postanowiłam wyjąć z szafy mój kurzący się kolorowy motek i nabrać oczka na Morag Shawl. Na serio zaś, od dawna poszukiwałam pomysłu na odkładany z miejsca na miejsce Scheepjes Whirl w kolorze Lavenderlicious, a nowy szal od Nadii wydawał się być idealnym pomysłem. Zatem zraszając go łzami rozpaczy, zaczęłam swoją przygodę. 


Morag to trójkątny szal, składający się z ażurowego panelu i sporej powierzchni ściegu francuskiego. Robiony jest od ostrego kąta, zaczynając ściegiem ażurowym i skrupulatnie - aż do końca szala, dodając oczka. Dlatego też trójkąt ma różne długości boków. Długości jednak Wam nie podobam - kto by wpadł na to, żeby je mierzyć :) na pewno jednak moja chusta daje się swobodnie owinąć wokół szyi, a nawet zrobić na jej końcu ozdobny węzełek. Oczka zamykane są i-cordem, co daje nam bardzo przyjemne wykończenie. 
Nie ma też problemu w zrobieniu jej odpowiednio większej czy mniejszej, w zależności od ilości włóczki - wzór jest tak skonstruowany, że bardzo łatwo jest go zmodyfikować, zarówno co do wielkości jak i stosunku ażuru do ściegu francuskiego. Ogólnie wzór rozpisany jest bardzo przyjemnie i dość szybko "wchodzi" tak, że wydruk projektu możemy schować. 

Nadia swoją pokazową chustę zrobiła w pięknych gradientowych kolorach. Stąd też stwierdziłam, że wreszcie przyszedł czas na mojego Whirl'a. Kokonek dostałam w prezencie od Mamy, zaraz po tym jak zaczął się pokazywać w naszych ulubionych internetowych pasmanteriach - czyli już jakiś czas temu. Nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że kolorowy kłębuszek będzie zwiastował istny szał na wszelkiego rodzaju kokonki, kolorowe motki, kamarolki itd. Zatem leżąc dzielnie w szafie, Whirl doczekał się projektu, do którego postanowiłam go użyć. 
Od samego początku miałam do niego mocno mieszane uczucia. Przede wszystkim - skład. Kolorowy kłębek to w 60% bawełna, a w 40% akryl, z którego już od dawna niczego nie robiłam. Wraz z dziewiarską dojrzałością, przyszła większa wiedza w zakresie używanych materiałów, a razem z nią mój zapał do akryli osłabł. I choć nawet na tym blogu znajdziecie porównanie akryli (o tu), który to post, choć ma już ponad 3 lata, jest nadal bardzo popularny, to w moich zbiorach akrylu już raczej nie ma, chyba że jako niewielki dodatek do naturalnych włókien, jednak już nie w takiej proporcji jak w Whirlu. Tą sztuczność nitki dawało się odczuć w czasie roboty. Choć bawełny było więcej - Whirl skrzypiał! Na szczęście jest już dostępny także Whirl o bardziej szlachetnym składzie, znany pod nazwą Woolly Whirl - mieszanka bawełny i wełny w stosunku 70/30.
Whirl nie jest też typowym gradientem - nie będziemy tu mieć niemal niezauważalnych przejść między kolorami, co widać na zdjęciach - wyraźnie odróżniają się pasy poszczególnych kolorów. Dlaczego? Whirl to skręconych 6 cieniutkich niteczek. Zmiany kolorów dokonywane są przez  stopniową "podmianę" pojedynczych nitek i dodawanie nitek z innego koloru. Jeśli zatem chcesz uzyskać subtelne i niewyróżniające się przejścia między kolorami - poszukaj czegoś innego. Przejścia między kolorami są też dość długie. W moim szalu nie doszłam chyba do dwóch ostatnich kolorów w motku. Żeby zaś w ogóle dobrać się do najjaśniejszych odcieni, mechanicznie skracałam przejścia, wycinając spore fragmenty nitki. Na swój szal zużyłam około 2/3 motka. 
Jednak choć w samym Whirl'u się nie zakochałam, to chustę noszę, bo mimo wszystko uwiodły mnie te kolory. Jest to typowy wiosenny szal, który przede wszystkim ma wyglądać, niekoniecznie zaś musi grzać. Nie był zatem najlepszym wyborem na zimny wiatr od morza, czego się jednak nie robi dla sesji w Mielnie :)

Skąd Mielno? Na Wielkanoc zawitałam do Teściów na Pomorze. Dzięki temu mocno podgoniłam test, który obecnie mam na drutach - jednak 6 h autem w jedną stronę to spoooooro czasu na przerabianie morza prawych oczek :) Na pewno zatem już za niedługo będę się mogła pochwalić nowym swetrem z  okrągłym, wrabianym karczkiem.

W ogóle ostatnio przeżywam istne drutowe szaleństwo! Mam zaczęte 3 (!!!) swetry, w tym jeden czeka już tylko na rękawy. W kolejce na pierwszą przygodę z brioszką czeka już ręcznie farbowany merynos, a w głowie siedzi plan na naukę robienia skarpet. Moje ręce ewidentnie poczuły wiosnę, czego i Waszym rękom życzę :)

wtorek, 20 marca 2018

Po skosie i na gładko - czyli Twill & Plain Marzeny Kołaczek

W dziewiarstwie najbardziej lubię wyzwania - zarówno te związane z technikaliami jak i koniecznością dziergania na czas. Stąd też uwielbiam angażować się w testowanie wzorów. Wymaga to ode mnie samozaparcia w terminowym zakończeniu projektu  i niejednokrotnie szybkiego doskonalenia swoich umiejętności. W nagrodę otrzymuję dziergadło, którym w danym momencie może poszczycić się tylko kilkanaście osób na całym globie - np. tak cudowne jak Twill & Plain Marzeny Kołaczek - projektantki i farbiarki, prowadzącej sklepik U Chmurki. Marzena właśnie opublikowała swój wzór, także biegiem marsz na Ravelry (o tu tu) i zaopatrujcie się w to cudo! 


Choć może nie sprawia takiego wrażenia - Twill & Plain to dziewiarski rollercoaster. Sweter przerabiasz dosłownie z każdej strony! Od boku, klasycznie, na okrągło - jak chcesz! Choć wzór składa się w zasadzie tylko z prawych i lewych oczek z odpowiednim przekładaniem nitki, nie jest to sweter dla początkujących - zniechęcić może to, że przód swetra przybiera bardzo wolno.


Przód składa się dwóch sekwencji wzorów. Pierwsza to chevron - urokliwe zygzaczki, robione od boku. Druga część to prawe oczka z przełożoną nitką. Pozostała część swetra to wzór pończoszniczy - tak zrobione są plecy i rękawy.


Sama konstrukcja to nie jedyna trudność w projekcie. We wzorze bardzo istotne jest odpowiednie dobranie włóczki i drutów, tak aby trzymać się odpowiednich wymiarów próbki. Bez tego sweter nam się po prostu "nie sklei". Stąd i próbka dla chevron'u i próbka dla wzoru pończoszniczego musi odpowiadać liczbie oczek w pionie i poziomie, podanych we wzorze. Z tym jednak nie powinno być problemu - Marzena w swoim wzorze świetnie tłumaczy, jakie próbki są nam potrzebne oraz jak zblokować poszczególne fragmenty, by uzyskać odpowiedni efekt. 

Mój Twill&Plain powstał z wełny Merino 4Ply od 7oczek w kolorze English Rose. Jest to 100% wełna merino, typu superwash (czyli podobno nadająca się do pralki), farbowana ręcznie. Jak widać na zdjęciach, farbowanie nie jest jednolite (semi-solid), z wyraźną różnicą między najjaśniejszym a najciemniejszym odcieniem. W tym jednak cały jej urok.  


Twill&Plain to była moja pierwsza, prawdziwa, pełnowymiarowa przygoda ze 100% merynosem. Wcześniej robiłam z niego tylko chustę. Nie ukrywam - włóczka przyprawiła mnie o zawał. Gotowy sweter wymoczyłam (tu mogę się pochwalić moim patentem na pranie swetrów z naturalnych włókien - polecam żel do kąpieli dla niemowląt Babydream z Rossmana - najlepsze, co do tej pory próbowałam, a półka cenowa też inna niż np. Eucalan [opakowanie 500 ml kosztuje .... 12,99 zł :) ]), zapakowałam w poszewkę i pozytywnie nastrojona radami innych dziewiarek wrzuciłam do pralki na wirowanie na jak najmniejszych obrotach. Mało nie zemdlałam, kiedy po wirowaniu, z poszewki wyjęłam .... namiot. Blokowałam z duszą na ramieniu - uklepywałam, odbierałam szerokości gdzie się dało i jak się dało. Na szczęście, w tym samym czasie na Dzianej Bandzie inna dziewiarka żaliła się na swoje perypetie z merynosem. Dziewczyny uspokajały ją, że ta włóczka tak ma i po  zupełnym wyschnięciu (które może trwać nawet kilka dni przy suszeniu na płasko) powinno być dobrze. Uzbroiłam się więc w cierpliwość i czekałam. Po 36 h od rozłożenia dokonałam pierwszej przymiarki i odetchnęłam z ulgą - rozmiar był idealny! Tak jak idealny jest cały sweter! 


Przy okazji - wielkie dzięki za wyrozumiałość dla obsługi Green Caffe Nero w Galerii Domikańskiej we Wrocławiu. Zrobienie nawet kilku zdjęć z biegającym po kawiarni trzylatkiem to wyzwanie. Choć cały czas mieliśmy córkę na oku, to bardzo miłe było zainteresowanie baristki i jej troska, aby dziecko nam z kawiarni nie uciekło. Dziękujemy za smakołyk dla dziecka i przepraszamy za chwilowe zamieszanie ;)

Jak Wasze wrażenia? Czy Was Twill&Plain też uwiódł od pierwszego spojrzenia? 

sobota, 6 stycznia 2018

Tyle się zmieniło.... Anoushka by Regina Moessmer

Sama nie wierzę, że to się dzieje. Byłam przekonana, że do blogowania już nie wrócę. Przez te dwa lata, które upłynęły od napisania ostatniego posta, zmieniło się w moim życiu tak wiele, że spokojnie byłby z tego materiał na powieść w odcinkach. Nie chcę jednak zabawiać Was teraz opowieściami z mojego życia, a pokazać, że jestem, nie złamałam się i dalej odtwarzam wzory rękodzielników - artystów.

Tym razem, na moje druty (ha! i to jest zmiana, o której powiedzieć muszę - na stałe się z nimi przeprosiłam i wręcz mnie pochłonęły, a szydełko poszło w odstawkę) trafił włoski tweed ze wspólnych facebookowych zakupów, z którego powstał mój pierwszy żakardowy sweter - Anoushka, ze wzoru autorstwa Reginy Moessmer.


Dziergadło powstało na drutach 3,25 mm (sweter) i 2,5 (ściągacz swetra, ściągacz na rękawach, obrobienie dekoltu).


Tym razem, łamiąc swój zwyczaj, zrobiłam próbkę. Druty dobrałam tak, by łapać się na gauge wskazany w projekcie. Byłam z siebie taka zadowolona - wreszcie robię wszystko tak, jak należy.  Nie wpadłam tylko na to, żeby swoje wymiary dopasować z rozmiarami swetra w projekcie. Stwierdziłam, że L pewnie się nada. Taaaaa, amerykańskie L... W efekcie znów mam oversize. Ale kurde, podoba mi się!


Największym wyzwaniem był dla mnie żakard - Anoushka to moja pierwsza przygoda z wrabianym wzorem. Projektantka sugerowała, żeby przy żakardzie zmienić druty na nawet rozmiar większe. Spróbowałam - dziury. Zapytałam niezawodnych dziewczyn na Dzianej Bandzie, dostałam błogosławieństwo dla niezmieniania drutów i zaczęłam szukać tutoriali, które powiedzą mi, jak wrobić wzór tak, aby nie był za ciasny. Złota rada? Odpowiednie i konsekwentne prowadzenie nitek. Główną -  na dole, wrabianą - na górze. Podobał mi się też patent z przerabianiem jednej nitki kontynentalnie a drugiej wyspiarsko. Pokombinowałam i żakard wyszedł tak, że nic się nie ściąga i nie zbiega.


Chociaż główną rolę dziś z pewnością odgrywał sweter, to jednak nie można pominąć aktora drugoplanowego - miejsca, w którym powstały zdjęcia. Dobków - wieś jakich wiele w Sudetach. Jednak w tej jest coś magicznego - niesamowita siła ludzi, którzy połączyli swoje siły, pasje i środki i zrewitalizowali wieś, dając jej drugie życie i czyniąc z niej atrakcję turystyczną. Położona w Górach Kaczawskich miejscowość oferuje nam nie tylko świetne miejsca na noclegi i posiłki (Villa Greta), ale też bogatą ofertę edukacyjną (Sudecka Zagroda Edukacyjna - wiecie, że w Polsce były wulkany?!) i warsztatową (warsztaty ceramiczne, warsztaty geologiczne - poszukiwanie i obrabianie agatów).


A w Chrośnicy, kilka kilometrów od Dobkowa, mieści się Muzeum Tkactwa i Naturalnego Barwienia Tkanin - toć to raj dla każdej dziewiarki!

Podsumowując- jestem, wróciłam i chcę tu zostać.

Jeśli komuś mnie mało - zaglądajcie na fanpage na Facebook'u. Tam bywam zdecydowanie częściej :)

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Super chmurka - łatwy komin na drutach z włóczki Alize Cashmira

Zima rozszalała się chyba na dobre. Wracając dziś z zajęć złapał mnie paskudny mróz. Nie jestem jakoś wybitnie "ciepłolubna", wolę umiarkowane temperatury, ale mrozu Panie, mrozu to ja nie znoszę. Weszłam więc do domu, z nosem jak u renifera, gdzie przywitał mnie uśmiech przez łzy ząbkującego niemowlęcia. Cóż, jakoś to trzeba przeżyć.

Kiedy zastanawiałam się, jak spędzić wieczór, przypomniało mi się, że mam coś, co chciałam pokazać na blogu. Zaczątek widzieliście w poprzednim poście

Niespodziankowym drutowym udziergiem, który wyszedł mi zdecydowanie lepiej niż sweter, był komin dla mojej najlepszej przyjaciółki, w podziękowaniu. Za co, to już ona wie najlepiej :)


Szukając pomysłu na komin, rozglądałąm się za czymś odpowiednim na paskudną londyńską zimę - ni to zimną, ni to mokrą. Wiedziałam więc, że nie przyda jej się komin ciężki i gruby, ale potrzebne będzie coś lekkiego, jednocześnie grzejącego.Wybór padł na wzór Super Cloud autorstwa Rzeki. Wykorzystując wzór Roman Stripe Rzeka zaprojektowała piękny, duży i wygodny komin - dokładnie taki, jakiego szukałam. Wzór jest do pobrania za darmo z Ravelry. Według mnie, przy pomocy tutoriali na YT, poradzi sobie z nim nawet początkujący, mający opanowane prawe i lewe oczka - ja taka jestem i dałam radę. Wzór początkowo dość mocno się "składa" i ściąga. Jednak po namoczeniu pięknie się blokuje, dając taki efekt:




Za sugestią autorki wzoru komin wykonałam z włóczki Cashmira marki Alize, zużywając prawie 3 motki w kolorze 684.

Włóczkę kupisz w Fastrydze
Cashmira to 100% wełna, sprzedawana w 100-gramowych motkach, po 300 m. każdy. Występuje ona w dużej gamie kolorystycznej, bo aż w 45 wariantach (zgodnie ze stroną producenta), ale ja w żadnej z internetowych pasmanterii nie znalazłam pełnego wachlarza kolorów. Zazwyczaj dostępnych jest ok. 20. Cena jak za 100% wełnę nie jest porażająca - można ją znaleźć za mniej niż 18 zł/motek. Moja przyleciała do mnie z Fastrygi. Według zaleceń producenta powinno stosować się do niej szydełko 2 - 4 mm bądź druty o rozmiarze 3 - 5 mm.

Moim zdaniem włóczka dobrze nadaje się  na jesienno-zimowe wyroby. Jest ciepła, ale niezbyt gruba, dlatego dobrze wyglądać będą z niej swetry. Sprawdzi się też w cienkich czapkach, szalach i chustach. Włóczka jest jednak dość szorstka, pomimo całkiem luźnego skrętu. Ten skręt może dawać się we znaki - w jednym motku miałam momenty, kiedy nitka w zasadzie skręcona nie była. Na szczęście w robótce się to zgubiło. Dodatkowo, jeśli w motku pojawia się supełek, to jest on wyjątkowo paskudny i niedbały. Na szczęście taki trafia się dość rzadko :) W planach mam jeszcze zamiar podziałać z Cashmirą, właśnie w swetrowej robótce. Choć nie mam pojęcia, kiedy to nastąpi.

Póki co pędzę do książki (mam zamiar w środę po raz pierwszy w nowym roku pokazać, co czytam), a Wam życzę dobrej nocy!

środa, 16 grudnia 2015

Wspólne dzierganie i czytanie (11) - R.A. Antonius "Czas Beboka" i o smutnej porażce

Chyba już kiedyś wspomniałam, jak bardzo się cieszę z Maknetowej akcji wspólnego dziergania i czytania. Jest to dla mnie motywacja, żeby choć raz na jakiś czas coś tu napisać.


Choć okres przedświąteczny, coś tam podczytuję i poddzierguję. Skończyłam tułów swetra, który pokazywałam Wam w ostatnim wpisie. No i właśnie.... Kadłub wyszedł ślicznie, równiutko, nawet babola żadnego nie zrobiłam. Nie licząc tego, że zrobiłam sweter.... ZA MAŁY! Już w trakcie robótki widziałam, że może być wąsko, ale stwierdziłam, że będzie to super motywacja, żeby schudnąć. Jednak, żeby sweter wyglądał tak, jak w projekcie, musiałbym schudnąć 20 kg. W udzierg wchodzę, aż tak źle nie jest, tylko obciśnięty jest strasznie, a miał być luźny. Projekt jest robiony na około, czeka mnie więc prucie całości. Póki co sweter leży i czeka, aż dojrzeję do tej decyzji. Ale nie poddam się. Poolside na pewno będzie mój!

Po swetrowej porażce zabrałam się za coś prostszego, też na drutach, o czym za wiele nie napiszę z przyczyn niespodziankowych :) Jednak ci, którzy śledzą uważnie blog Maknety, mogą w tym udziergu poznać wzór i rzecz, którą Makneta jakiś czas temu u siebie pokazywała. Tu przynajmniej nie ma ryzyka, że będzie za ciasno :) 



Dzierga się Alize Cashmira, 100% wełna, niegryząca, choć dość twarda. Więcej napiszę przy skończonym udziergu, ale już wiem, że jakiś sweter muszę sobie z niej wymodzić. Ta robótka to moje pierwsze spotkanie z drutami bambusowymi. Do tej pory pracowałam tylko na drutach i szydełkach metalowych. Ale w Fastrydze mają tak tanie i dobrze wyglądające zestawy drutów bambusowych, że podjęłam wyzwanie. Wrażenia są mieszane. Na pewno, im dłużej się robi, tym jest lepiej. Druty się "doślizgują". Jak za taką cenę zestawu 15 par drutów jednak narzekać nie mogę.

Czytelniczo "Czas Beboka". Po szumnych zapowiedział z okładki, że Antonius to śląski Bułhakow, od pierwszych stron miałam do lektury przychylne nastawienie. Jednak im dalej w książkę, tym to nastawienie słabło. Nie powiem, że książka jest słaba. Jest całkiem niezła. Tylko po porównaniu do Bułhakowa spodziewałam się czegoś innego. Niby jest kosmiczno-magiczny wątek, ale jakiś taki koślawy i kanciasty. Choć już przerobiłam przeszło 450 stron z 730-stronicowej knigi dalej jakoś w fabułę nie weszłam.

Jako że pewnie przed świetami już nic nie napiszę, życzem Wam wszystkim, którzy tu wchodzicie, ciepłych, radosnych, spokojnych i przedzierganych Świąt Bożego Narodzenia!


środa, 25 listopada 2015

Wspólne dzierganie i czytanie (10) - Zahaczona przepadła i plany czytelnicze na końcówkę roku

Przepadłam. Choć jeszcze jakiś czas temu zarzekałam się, że ja na drutach robić nie będę, bo nie lubię, denerwują mnie, szydełko lepsze i w ogóle, teraz kornie chylę głowę. Przepadłam z kretesem. W domu piętrzy się pranie od wyprasowania, nie mówiąc o garach w kuchni i kartonach za małych Tosinych ciuszków do sfotografowania i wystawienia - ja zaś dziergam. Tempo mam takie sobie, ale czego wymagać od człowieka, który gniewał się na druty z 10 lat? W ogóle będę musiała napisać satyryczny post "Jak zrazić się do robienia na drutach w 24 godziny" - bo moje początki wyglądały przekomicznie :)

Dzierga się Dropsowa Alpaca (szukajcie, teraz Drops ma u wszystkich sprzedawców promocję na włóczki z alpaką), a z Dropsowej Alpaci dzierga się Poolside. Więcej o tym dziergadle z pewnością niebawem.

Czytelniczo bida - poprawi się, jak ktoś zabierze mi druty :) Dziś skończyłam "Jaśnie Pana" J. Cabre, o którym pisałam przy okazji ostatniego WDiC. Po raz kolejny Cabre mnie nie zawiódł. Może nie było takich wzlotów i uniesień, jak przy poprzednich czytanych przeze mnie książkach autora, ale w tej było coś, co jest mi bardzo bliskie - prawo. Co prawda do ostatnich stron musiałam czekać na przepiękną definicję prawa skonstruowaną przez autora (przewrotnie stawiającą prawników w nienajlepszym świetle, ale jaką trafną), ale i tak lektura była cudowna. Na zdjęciu zaś pokazuję Wam moje czytelnicze plany na końcówkę roku. "Szczygieł" był jakiś czas temu hitem na blogach i grupach książkowych. "Czas Beboka" skusił mnie opisem. Może odczaruje dla mnie Baboka (bo u nas straszyło się babokiem, nie bebokiem)?

Nie mogę też odpuścić sobie podzielenia się z Wami zawartością kubko-miski (tak mam, lubię jeść zupy z dużych kubków, zamiast misek czy głębokich talerzy). W takie paskudne jesienne dni, którym bliżej już do zimy i lata, nic tak nie koi moich zmysłów jak treściwa, ciepła (broń Boże gorąca!) zupa. Zróbcie sobię Karmuszkę i cieszcie się smakiem czegoś pomiędzy zupą gulaszową, fasolową a kapuśniakiem. Bajka!

AAAA, tyle minut bez drutów! Koniec tej pisaniny, bo już mnie ręce świeżbią :)